Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

31 stycznia 2011

Gitarowe potwory ryczących dwudziestek.

Nie dabul blasta, nie nawet tripul blasta i amino dżus, a po prostu sexul blasta czystego pałer fjula. Nie ma opierdalania się, więc od razu przechodzę do sedna. Jest jedna szczególna płyta i pięć naprawdę dobrych, choć  te proporcje mogą się różnić dla słuchaczy i słuchaczów.

Ta jedna szczególna, jest szczególna szczególnie dlatego, że czterem (później trzem tylko) chłopakom z wioski, przybyłym lat kilka temu do Nowego Folwarku Jorku, którzy zresztą, jak widać (i słychać), nie przystosowali się w pełni do wielkomiejskiego trybu życia: samochodów, ludzi chodzących po chodniku (w butach!) i tzw. cywilizacji, pomagał się ogarnąć sam Michael Gira ze swoimi Aniołami Światła (jakby ktoś się zastanawiał, dlaczego staremu Michałowi odbiło i w zeszłym roku reaktywował Swans). Ale i pozostałe płyty, nie tylko ta z 2005 roku, są godne wzmożonej uwagi. 

Albo i nawet nie wzmożonej, bo absolutnie eklektyczny neofolkshit w ich wykonaniu sam potrafi sobie wywalczyć Lebensraum, wiercąc przy okazji sporą dziurę w głowie, czyli tak zwane trzecie ucho.

Nie ma lipy, czeba iś posuuchać.
 
Akron/Family [2005] 

 Meek Warrior [2006]

Love Is Simple [2007]

Set 'Em Wild Set 'Em Free [2009]

Akron/Family II: The Cosmic Birth and the Journey of Shinju TNT [2011]

6 czerwca 2010

WBA vs. BBB - czyli kawiarniane disko kontra romantyczny indie pop

Zbliżają się mistrzostwa. Jakieś tam - nieważne - grunt, że mistrzostwa. W związku z tym coś dla kibiców międzynarodowych drużyn umiarkowanie elektronicznych. Po jednej stronie boiska powściągliwe skandynawskie disko powstałe na fundamentach pamiętających jeszcze lata zabaw naszych ojców, ozdobione mamrotycznym i nieskorym głosem Erlenda Øye – miejscowo stanowiące wyraźną alternatywę w tej konwencji dla nieludzkiego grania Daft Punk, gdzieniegdzie nawiązując wprost do dokonań Kings of Convenience, gdzie indziej przypominając ciemne barowe ballady z zadymionych przybytków czerwieni [w tej roli nieme Simply Red] . Whitest Boy Alive nie uderza, nie narzuca się – po prostu jest i to tym panom wychodzi wyśmienicie. Nie uderza, nie narzuca się, nie atakuje – bo ma świadomość, że nie niesie z sobą gruchocących wszystkie muzyczne mózgi przekazów, bo nie udaje, że stoi na jakimkolwiek czele jakiejkolwiek rewolucji czy choćby przewrotu w jakiejkolwiek dziedzinie czegokolwiek. To samo w sobie powinno działać na niekorzyść zespołu, ale! – panowie z WBA to jednak chytre chłopaki. Trafili na swój czas, sprytnie i skrzętnie go nie wykorzystując.

A jeśli chodzi o ich kolegów zza miedzy, grających w formacji 1-1-2-1, ze swoimi niekiedy nieparzystokopytnymi melodiami á la Boney M., mogą wabić jednych nieco bardziej zaangażowanym, czasem aż dramatycznie walczącym wokalem, innych nęcić romantycznie mrocznymi lub jazzującymi deseniami, a jeszcze innych perkusyją i innymi przymiotami iście książęco-ferdynandowskimi. W porównaniu do Whitest Boy Alive, Bye Bye Bicycle są nieco bardziej boysbandowscy, na co wpływa być może ich niewątpliwa i autentyczna szwedzkość. Boysbandowscy z naciskiem raczej na popową grupowość niż męski pierwiastek. Nie będę się zagłębiał w podróżnicze przesłanie albumu, bo pewnie długo bym nie wracał. A tu przecież grać trzeba!

Rywalizację pozostawiam do rozstrzygnięcia wedle gustów własnych. I raczej żaden wynik mnie nie zaskoczy.

WBA
BBB