Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop. Pokaż wszystkie posty

19 lutego 2011

Piękne, bo kanadyjskie. Skuteczne, bo brytyjskie.

Chciałem coś obszerniejszego napisać, ale chyba nie ma większego sensu. Tytuł płyty oddaje wszystko. Może nie Shapeshifting od prog metalu go poezji śpiewanej, ale jest i pop, i dreamujący shoegaze, i indie rock, i tropikalny eurodance w nowym, lepszym wydaniu. Zaprawdę, warto czasem przełamać hipstersko-alternatywną ignorancję dla popu, zwłaszcza kanadyskiego albo...
...rozhipsteryzować się na nowo słuchając, jak mówi kanadyjski Native Speaker. Piękne wokale, piękne odjazdy i fazy, piękne nieporozumienia. Coś jakby High Places zgrało się z Dirty Projectors, wymieniając wokalistę na Yuki Chikudate z Asobi Seksu jadącej na aminozupce.

PS Żeby nie było tak kanadyjsko [tak pięknie?], to...
Słyszałem to już wcześniej, chyba. Ale może za dużo się od nich wymaga? Jedno jest pewne - przez jakiś czas The King of Limbs pozwoli Radiogłowym skutecznie gonić Beatlesów w statystykach odtworzeń last.fm. Czekamy na odpowiedź Paula McCartneya.

19 września 2010

Wzorowy pop, no tack.

Wzorowa płyta pop. W tym momencie można już się odwrócić i przejść dalej – byle gdzie, byle dalej. Ale warto się choć na chwilę przymusić, zatrzymać i przywitać się staropolskim ‘hallå’ z tą młodą Szwedką, która ambitnie zadebiutowała ze swoimi młodzieżowymi opowieściami już dwa lata temu. Popiskujący, szeptany i troszkę nosowy wokal może albo podniecać, albo nużyć – albo jedno i drugie – zależy, jak mała Li sobie zażyczy i w jakiej postaci zaserwuje słuchaczowi swój głosik. Raz podobna do Vanessę Paradis, innym razem przypominająca przeziębioną Kate Bush, ale z pewnością nie imitująca nikogo – taka jest zmysłowa i tajemnicza Lykke. Nie zmysłowa, tajemnicza i sztampowa jak kultura Zmierzchu – bo Szwedka ma coś więcej do zaoferowania niż ‘mrok z H&M-u’ i plastikowe diabelskie różki mimo że złożyła się [w dodatku niechętnie] na soundtrack do jednej z części, ale potraktuję to jako błąd nieświadomości...

Zamieszczonym na albumie kompozycjom można by zarzucić niekiedy przerost ezoterycznej formy [choć ta jest w gruncie rzeczy dość niepozorna] nad popową treścią, ale nie da się nie zauważyć swobody stylu i oryginalności, oczywiście utrzymanej w ryzach szerokiej popowej konwencji. Wielbicielom monolityczności zabraknie z pewnością na płycie konkretów, bo nie jest to zbiór wyłącznie szczególnie tanecznych szlagierów, chilloutujących soulowych ballad, elektronicznie indie-rockowych kawałków, czy… no, ale jest tam wszystkiego po trochu, po świetnie zbilansowanym trochu, z niewielką tylko przewagą zwiewnych, prawomyślnie popowych konstrukcji radiowych, których jednak żadne radio na co dzień nie zdecydowałoby się puszczać – od święta pewnie też. Lykke Li po prostu jest inna. Mam przynajmniej taką nadzieję.

PS I ten akcent, mmm…

6 czerwca 2010

WBA vs. BBB - czyli kawiarniane disko kontra romantyczny indie pop

Zbliżają się mistrzostwa. Jakieś tam - nieważne - grunt, że mistrzostwa. W związku z tym coś dla kibiców międzynarodowych drużyn umiarkowanie elektronicznych. Po jednej stronie boiska powściągliwe skandynawskie disko powstałe na fundamentach pamiętających jeszcze lata zabaw naszych ojców, ozdobione mamrotycznym i nieskorym głosem Erlenda Øye – miejscowo stanowiące wyraźną alternatywę w tej konwencji dla nieludzkiego grania Daft Punk, gdzieniegdzie nawiązując wprost do dokonań Kings of Convenience, gdzie indziej przypominając ciemne barowe ballady z zadymionych przybytków czerwieni [w tej roli nieme Simply Red] . Whitest Boy Alive nie uderza, nie narzuca się – po prostu jest i to tym panom wychodzi wyśmienicie. Nie uderza, nie narzuca się, nie atakuje – bo ma świadomość, że nie niesie z sobą gruchocących wszystkie muzyczne mózgi przekazów, bo nie udaje, że stoi na jakimkolwiek czele jakiejkolwiek rewolucji czy choćby przewrotu w jakiejkolwiek dziedzinie czegokolwiek. To samo w sobie powinno działać na niekorzyść zespołu, ale! – panowie z WBA to jednak chytre chłopaki. Trafili na swój czas, sprytnie i skrzętnie go nie wykorzystując.

A jeśli chodzi o ich kolegów zza miedzy, grających w formacji 1-1-2-1, ze swoimi niekiedy nieparzystokopytnymi melodiami á la Boney M., mogą wabić jednych nieco bardziej zaangażowanym, czasem aż dramatycznie walczącym wokalem, innych nęcić romantycznie mrocznymi lub jazzującymi deseniami, a jeszcze innych perkusyją i innymi przymiotami iście książęco-ferdynandowskimi. W porównaniu do Whitest Boy Alive, Bye Bye Bicycle są nieco bardziej boysbandowscy, na co wpływa być może ich niewątpliwa i autentyczna szwedzkość. Boysbandowscy z naciskiem raczej na popową grupowość niż męski pierwiastek. Nie będę się zagłębiał w podróżnicze przesłanie albumu, bo pewnie długo bym nie wracał. A tu przecież grać trzeba!

Rywalizację pozostawiam do rozstrzygnięcia wedle gustów własnych. I raczej żaden wynik mnie nie zaskoczy.

WBA
BBB